Szczecińskie polecajki #1: Restaurant Week w Bananowej Szklarni


Od kilku dni trwa w najlepsze kolejna już edycja Restaurant Week. Jeżeli ktoś się z tym wydarzeniem nie spotkał to wyjaśniam. Restauracje w danym mieście biorące udział w zabawie przygotowują dwa specjalne, składające się z 3 dań menu, dostępne tylko w trakcie festiwalu. Wystarczy, że zapłacimy 49zł za osobę i możemy cieszyć się nowymi smakowymi doznaniami.
Ja uczestniczyłam po raz pierwszy i wybór padł na Bananową Szklarnię. Mały lokalik na Alei Fontann, ale za to jaki ma klimat! Od wejścia człowiek czuję się jak w dżungli. W każdym możliwym miejscu postawione lub nawet powieszone są przeróżne zielone roślinki. W wystroju dominuje zieleń, surowe drewno, światło i klimatyczna muzyka. Genialny pomysł na wnętrze. Do tego przeszklone ściany, przez które można oglądać światła miasta dodają magii, zwłaszcza po zmroku. Od samego wejścia więc wszystko zapowiadało, że będzie to dobry wieczór.
Miałam okazję spróbować dań z obu menu i bardzo polecam właśnie taką opcję, jest zdecydowanie ciekawiej. My sobie trochę to menu przemieszaliśmy, głównie ze względu na to, że ktoś nie może czegoś jeść bądź nie lubi.

  • Przystawka
Moją przystawką była sałatka z kozim serem, flambirowaną gruszką i suszonymi pomidorami. Do tego był także świetny mus z malin.
Szczerze mówiąc trochę zawiodłam się na przystawce. Była smaczna, połączenia smakowe już znane, bo kozi ser i gruszka to już powoli klasyk, ale jak dla mnie była trochę za sucha. Poza musem z malin nie było nic, co łączyło zieleninkę z resztą składników, choć on sam także spełniał moim zdaniem bardziej dekoracyjną rolę. Główny składnik sałatki, czyli gruszka był natomiast świetny-idealnie słodka, delikatna, przełamująca wyrazisty smak sera.
Jako przystawka spełniła swoją rolę, rozbudziła apetyt na więcej, to najważniejsze!

Przystawką z drugiego menu była zupa krem z białych warzyw z karmelizowanym jabłkiem. Połączenie jakże zaskakujące, przełamanie jesieni z wiosną. Było go dużo i podobno sama przystawka wystarczyła, żeby się najeść. Idealne danie na wczorajszy zimny, deszczowy wieczór-syte i rozgrzewające. Przy okazji na tyle proste, że można byłoby powtórzyć ten smak w domowym zaciszu.


  • Danie główne
Według menu, do którego należała moja przystawka powinnam dostać burgera z szarpaną wołowiną, sosem bbq, bananem i frytkami z banana. Jednak tutaj zrobiliśmy mały twist, ze względu na to, że burgerów jeść nie mogę. Dlatego dostałam filet z molwy z ziołową kaszą i pieczonymi warzywami. I to był strzał w dziesiątkę, jak nie jedenastkę!
Jestem totalnym rybożercą, mogłabym je jeść zamiast każdego innego rodzaju mięsa. Więc danie główne już z samego posiadania ryby było dobre. Molwa była idealnie delikatna, doprawiona, ale nie przesadzona. Do tego ta ziołowa kasza, tak świeża i orzeźwiająca, że mogłabym zjeść ją samą. Sezonowe pieczone warzywa wszystko świetnie uzupełniały, zwłaszcza marchewki i pomidorki skradły moje serce!
Porcja była tak duża, że ledwo dałam radę ją zjeść. A gdzie tu jeszcze deser?!

Wracając do tego burgera to zgodnie z opinią mojego drugiego eksperta był pyszny. Intrygujące połączenie idealnie soczystej, aromatycznej szarpanej wołowiny z bananem i sosem bbq, który  fajnie wszystko złączył. Przyzwoity burger, którym naprawdę można było się najeść i który zostawił mało miejsca na słodkości.
A jeszcze nie może zabraknąć kilku słów o bananowych frytkach, które były dodatkiem do burgera. Od przeczytania menu byłam do nich nieco sceptyczna. Ależ to był błąd. Smak tych smażonych bananów był tak ciekawy, że szukam na nie przepisu. Przepyszne i moim zdaniem smakują jak pączki. Burger i dodatek smakujący jak pączki, czy to już kulinarne niebo? 

  • Deser
W obu wersjach menu deserem było crumble. W wersji A było z pieczoną śliwką, bananem i rozmarynem na białym winie, w wersji B było z pieczoną śliwką, bananem i czekoladową granolą. Nie wierzyłam, że kiedykolwiek to powiem, ale dzięki Bogu był to mały deser.
Oba pachniały i smakowały wybornie, jak na tak prosty słodycz. Ja dostałam wersję z winem i rozmarynem. Odrobinę przegrała z czekoladową wersją, głównie ze względu na zbyt dużą zawartość rozmarynu, który pod koniec jedzenia zaczął przeszkadzać na języku. Mimo tego były to naprawdę przyjemny deser, taka idealna wisienka na torcie- smaczne, słodkie, ale nie przeciążające, świetnie dobrane smaki.

Bananowa Szklarnia zaskoczyła mnie na tyle pozytywnie, że na pewno chętnie wrócę tam także poza festiwalem. Podobno śniadania tam to coś cudownego. Jeżeli szukacie przytulnego, ciekawego miejsca z dobrym jedzeniem na mapie Szczecina to zapraszam właśnie tam.

Przy okazji muszę wspomnieć, że sama inicjatywna Restaurant Week to świetny pomysł. Głównie z dwóch względów.
Po pierwsze: mamy okazję za naprawdę niewielką cenę poznać nowe smaki, smaczne połączenia, które rzadko spotykamy wychodząc na randki czy ze znajomymi w weekend. Podobno wychodzenie poza ramy smaków, które już znamy jest bardzo ważne!
Po drugie: jeżeli jesteście zabiegani i ciężko Wam wygospodarować czas na wyjścia to taka rezerwacja jest dobrym sposobem. Jeżeli już ustalicie konkretny termin i zapłacicie (bo rezerwacja opłacana jest z góry) to szkoda nie wykorzystać takiej okazji. Wiem sama po sobie, gdyby nie ustalona data to zapewne odwlekalibyśmy to wyjście jeszcze daleko, daleko w przód, głównie ze względu na napięty ostatnio grafik.

A Wy bierzecie udział w Restaurant Week? Jakie ciekawe miejsca udało Wam się już odkryć?



Komentarze