Studenckie życie czas zacząć!
Jak strasznie dawno mnie tu nie było! Aż sama nie mogę uwierzyć, że tak długa była ta przerwa. W moim odczuciu minęło to jak tydzień, uwierzcie. Dzieje się tak strasznie wiele, że czasami nie wiem już gdzie patrzeć, żeby się nie pogubić. Ciągle muszę odnajdować się w nowej sytuacji, dochodzą nowe stresy, nowe sprawy do załatwienia i pochłaniające do tego stopnia zajęcia, że nie mam siły patrzeć na oczy. Jeszcze kilka postów temu pisałam, że czuję zbliżające się duże zmiany. Chciałam, mam! W nowej pracy czuję się już jak u siebie, więc żeby nie było zbyt łatwo to pojawiło się kolejne wyzwanie, a mianowicie...studia! Tak, odebrałam już legitymację, mogę oficjalnie nazwać się studentką.
Jak wiecie z pierwszego wpisu przyjechałam do Szczecina głównie z powodu studiów. Strasznie skomplikowana to była sprawa z tym, powiem szczerze. Chodzi o to, że ja jestem strasznie niezdecydowana. Jeśli o nauce mowa to moim zdaniem wynika to z tego, że interesuje mnie wiele dziedzin i wyzwaniem było dla mnie sprecyzowanie czego tak naprawdę chcę się uczyć już na naprawdę zaawansowanym stopniu. Wybierałam wcześniej profil klasy w liceum, ale to jest dopiero liźnięcie wtajemniczania w dany odłam. Bo co z tego, że jesteś na humanie, skoro z biologii musisz wiedzieć prawie tyle samo co biol-chem? Bardzo ogólna to jest nauka, na studiach to jednak wygląda troszeczkę inaczej, trzeba głębiej, profesjonalniej wejść w daną dziedzinę.
Zanim wybrałam ostatecznie i definitywnie jak odpowiedź w Milionerach to przez głowę przeszła mi cała masa pomysłów. Z jednymi wiązałam większe nadzieje na powodzenie, inne były chwilowymi zachciankami, jednak było ich wiele. Przy kilku upierałam się dobre parę lat. Od początku liceum chciałam być ginekologiem. Śmiejcie się, mi się bardzo podobało! Później zastanawiałam się czy może jednak psychiatria nie byłaby odpowiednia, zawsze fascynowało mnie co dzieję się ludziom w głowach, dlaczego zachowują się tak, a nie inaczej. Z resztą hobbistycznie dalej mocno siedzę w tym temacie. Ostatnim takim poważnym zrywem było prawo. Jak ja się na napaliłam na bycie adwokatem! I byłabym skora zostać przy tym i wkuwać wszystkie te przepisy, paragrafy, czytać kodeksy do poduszki gdyby nie fakt, że nie oszukujmy się- droga to przez mękę, a do tego kosztuje nie mało. Ja zdecydowałam się na niestacjonarne studia, żeby bardziej skupić się na pełnoetatowej pracy i odciążyć tym rodziców, bo nie ukrywam że pomagają mi w stracie w dorosłość. Czy wybrałam dobrze nie wiem, zdania są podzielone, jednak stało się, póki co nie narzekam (aż tak bardzo). Przez taką decyzję miałam dość ograniczony zasób kierunków, bo nie wszystkie realizowane są w trybie zaocznym, więc wybór trochę mi tu ułatwiło- konkretne miasto, konkretne kierunki, wybieram to, co najbliższe mojemu sercu i delikatnie rozumowi, bo fajnie byłoby gdyby opłacało się to studiować. Zauważyliście zapewne, że humanistka ze mnie z krwi, kości i czego tam jeszcze można. O ironio, jak się niektórzy zdziwili kiedy wybrałam kierunek raczej ścisły! A co wybrałam i jakie mam odczucia opiszę w podpunktach, bo wydaję mi się, że będzie to zdecydowanie bardziej przystępna forma. Uwaga, uwaga...
- Kierunek:
Wybór padł na logistykę. Nie ma się co spierać, że opiera się na statystyce, matematyce, ekonomii, informatyce, więc nauki mocno odbiegające od zdolności humanistycznego umysłu. Jednak jak już usłyszałam „trzeba mieć naprawdę nastawione na ludzi serce i rozum, żeby zostać dobrym logistykiem”. Trochę prawdy w tym widzę, bo wyobrażacie sobie bycie dobrym planistom czy menadżerem pozostając zamkniętym w świecie liczb i nie dostrzegającym wielu niezależnych od wyliczeń czynników wpływających na płynne działanie firmy? Też wcześniej tak o tym nie myślałam. To zdanie uświadomiło mi, że prawie na 100% jestem w odpowiednim miejscu.
- Przedmioty i wykładowcy
Co ja mogę powiedzieć po pierwszym zjeździe...jeszcze nie wyszłam z szoku i natłoku nowych informacji. Przedmiotów nie ma wiele, bo tylko 6, z czego kilka podzielonych na wykłady i ćwiczenia, norma. Póki co materiał wydaje się nie być aż tak skomplikowany jak mógłby być, jak sama nazwa wskazuje wystarczy umiejętność logicznego myślenia i sądzę, że bez problemu można zapomnieć o uczeniu się na pamięć i stresie przed sesją. Jeżeli ktoś miał do czynienia z pracą czy prowadzeniem własnego domu to nieraz nieświadomie stawał się logistykiem-amatorem i rozwiązywał problemy, które ja zgłębiam teraz na zajęciach. To jest fajne, wiele przykładów, ułatwiających naukę skojarzeń bez problemu można wyciągnąć z życia codziennego. Dlatego dużo przedmiotów, przynajmniej póki co, wydaję się interesujących, bo wiedza jest zwyczajnie przydatna. Jak wiesz, że coś wykorzystasz to znacznie łatwiej jest informacje przyswoić.
Wykładowcy są bardzo, bardzo różni. Nic nowego Wam raczej nie powiem, każda uczelnia ma wymagających tyranów i luzaków, którzy cały wykład robią w godzinę i opowiadają głupie żarty. Ja na szczęście trafiłam w większości na takich, do których chce się chodzić i mam nadzieję, że w drugim semestrze mnie to szczęście nie opuści.
Na zaocznych studiach jest też chyba trochę inne podejście do studenta. Wykładowcy doskonale zdają sobie sprawę, że większość z nas pracuje, musi dojeżdżać na zajęcia więc zwyczajnie szanuje nasz wkład, również pieniężny i streszcza ten materiał w jak najbardziej przystępny sposób, żeby nauczyć, ale nie tłuc niepotrzebnych informacji. Co nie znaczy w żadnym wypadku, że taki wymiar studiowania jest gorszy od stacjonarnego!
- Znajomi
Uprzedzę wszystkie śmiechy i pytania, jeszcze nie byliśmy razem pić!
Bardzo bałam się, że trafię na jakąś grupę kujonów i typowych ścisłowców, z którymi nie będę totalnie mogła znaleźć wspólnego języka. Pierwsze kilka godzin razem było standardowo sztywne i takie nieśmiałe, każdy każdego obserwował i robił w głowie rozeznanie do kogo warto się odezwać. Przyznaję bez bicia, sama tak robiłam! Co mnie miło zaskoczyło łatwo znaleźliśmy wspólny język. Jesteśmy w podobnym wieku, nie jest to typowa zaoczna grupa o dużym rozstrzale roczników.
Nie było jakichś większych barier w poznaniu się, wszyscy potrafimy być jedną, fajną, zgraną paczką. Jasne, że nie jest do końca cukierkowo i nie każdy z każdym dogada się w mig albo będzie w bliskich relacjach, jednak najważniejsze jest, że nie ma od samego początku nieprzyjemnych zgrzytów.
Ja dodatkowo miałam taki bonus, że na uczelnię chodzi kilku wcześniejszych znajomych, więc nie stresowałam się, że zostanę całkiem sama jak palec. Okazało się nawet, że na roku trafił mi się kolega z podstawówki. Mały ten świat okropnie.
Tylko tyle mogę powiedzieć Wam chyba po pierwszym zjeździe. Będę uaktualniać te wiadomości w miarę pogłębiającej się depresji związanej ze zbliżającą się sesją, ale to w swoim czasie.
A właśnie! Odnosząc się do tego, co pisałam na początku o wyborze studiów. Tutaj ważne przesłanie dla przyszłych czy nawet obecnych studentów. Nie jest powiedziane, że w głupim wieku 18-19 lat musisz wiedzieć co chcesz robić przez kolejne 50 lat. Masz prawo błądzić, szukać, zastanawiać się, zmieniać zdanie. Wiem, że tak jak mnie dopadną Was wątpliwości co jest nie tak, bo nie wiecie czy dobrze wybraliście. Absolutnie się nie martwcie, to jest naturalne. Nikt od razu nie jest stworzony do bycia genialnym kardiochirurgiem czy inżynierem. Życie nie może być tylko wyścigiem szczurów, w którym im szybciej wybiegniesz tym lepiej dla Ciebie. Po to mamy mózgi, żeby odkrywać przez cały czas, a w szczególności odkrywać siebie.
A jakie Wy macie wspomnienia, wrażenia z okresu studiów? Może jesteście w trakcie lub na początku swojej przygody ze szkołą wyższą i chcecie udzielić pierwszaczkowi cennych rad? Chętnie przyjmę!
Tym czasem uciekam odespać ten weekend pobudek o 5:40. Dobranoc!
Komentarze
Prześlij komentarz