"Złota klatka" C. Lackberg na dobre rozpoczęcie jesieni
Widać,
że jesień zadomowiła się u nas na dobre i raczy swoimi
deszczowymi, szarymi urokami. Na jakiś czas musimy chyba porzucić
romantyczne spacery w złotych liściach, bieganie czy imprezowanie
na Bulwarach, a dni trzeba sobie jakoś zapełnić. Pomijając grafik
w pracy, bo trzeba przecież też odpoczywać. Jak lubicie spędzać
jesienne, wolne popołudnia? Moim faworytem od wielu, wielu lat jest
zaszycie się pod kocem z dobrą herbatą, książką i święty
spokój. W luksusowym wydaniu przyjmę też niezliczone ilości
przytulania. Przy braku słońca trzeba sobie podnosić jakoś poziom
endorfin, a to wpływa na organizm lepiej niż czekolada. I nie
powoduje zastraszającego rozrostu bioder!
Wracając
do najważniejszego elementu takich leniwych dni, czyli książek,
pomyślałam że dobrze byłoby podzielić się z czytelnikami
pozycjami, które przypadły mi ostatnio do gustu. Może pokaże Wam
coś, czego jeszcze nie znacie, a dobrymi książkami wręcz należy
się dzielić! Kiedy jeszcze w liceum moje "artykuły"
licznie pojawiały się w szkolnym miesięczniku to zawsze były
wśród nich recenzje książek i moje polecenia. Nauczyciel
prowadzący doskonale wiedział jaki ze mnie mol książkowy i nikt
inny nie zabierał się za ten dział, zarezerwowany tylko dla mnie.
Taki ze mnie specjalista był! Tutaj też chciałabym wprowadzić na
stałe rubrykę z ulubieńcami książkowymi, zobaczymy jak się
sprawdzi w większej społeczności.
Na
dobry początek książka, która nawet nie wiem kiedy znalazła się
na moim parapetowym stosiku. Ja w ogóle nigdy nie wiem kiedy coś
nowego się tam pojawia. Wchodzę do Empika i koniec, czarna dziura w
głowie. Świadomość odzyskuję jak już jestem w drodze do
wyjścia, z paragonem i torbą nowości w ręku. Jak to się dzieje,
nie wiem, obstawiam jakieś magiczne moce hipnotyzujące tego sklepu.
Dużo kobiet ma tak w każdym odzieżowym, więc pewnie mnie
rozumiecie. Jak już wygram w totka to wiem na co przeznaczę dużą
część puli. Znowu odbiegam od tematu, ta pogoda nie pomaga w
zbieraniu myśli.
Wracając
jeszcze raz to dziś na tapecie będzie "Złota klatka"
Camilli Lackberg. Bardzo znana autorka, a to jest pierwsze jej dzieło
z jakim miałam styczność. Jakoś nam zawsze było nie po drodze do
siebie. Niby słyszałam pozytywne opinie, ale nie przekonywały mnie
totalnie do sięgnięcia. Muszę przyznać, że być może przez to
dziwne uprzedzenie nie przeczytałam wielu dobrych książek. "Złota
klatka" jest najnowszym tytułem autorki i widziałam, że
podzieliła fanów. Przyznaję, jest skonstruowana tak, że albo się
ją kocha albo nienawidzi. Nie jest ani kryminałem, czyli gatunkiem
w którym Lackberg jest mistrzynią, ani thrillerem psychologicznym
jak mówi okładka. Pomieszane gatunki, dwa rodzaje narracji, akcja
momentami dłuży się jak flaki z olejem, a główna bohaterka jest
postacią, która wzbudza skrajne emocje w zależności od kolejnych
rozdziałów. Co bardziej wybredni koneserzy książek mogą okropnie
się z nią męczyć. Nie mniej jednak jest idealna na smętne
popołudnie, bo kiedy już przebrnie się przez pierwsze 60 stron, to
nie pozwoli się nudzić!
Streszczając
krótko fabułę jest to opowieść o Faye, kobiecie uciekającej z
patologicznej rodziny do Sztokholmu, chcąc rozpocząć tam życie
jako ktoś zupełnie inny, tabula rasa. Z pozoru świetnie jej to
wychodzi, na studiach poznaje swojego przyszłego, idealnego męża,
razem tworzą biznes odnoszący międzynarodowy sukces i żyją jak
te pączki w maśle. Później tylko coś zaczyna zgrzytać, Faye
niknie z cieniu sukcesów zawodowych Jacka, staje się nudną kurą
domową, dopasowującą się na życzenie ukochanego do elitarnego
środowiska, którego nienawidzi. Standardowo w tej historii facet to
świnia i zdradza, upokarza żonę. Małżeństwo się rozpada, są
łzy, krzyki, dramaty i bang, obrót życia bohaterki o 180 stopni.
Wyprowadza się, zaczyna nowe życie bez grosza na duszy, zrzuca
kilkanaście kilogramów, a co najważniejsze zakłada własną
firmę, którą wykorzystuje jako narzędzie do zniszczenia byłego,
niewiernego męża. Nie powiem Wam już jak i czy jej się to uda,
jak przeczytacie to się dowiecie. Zdradzę jednak, że zemsta to
była piekielnie niemoralna i okrutna, nawet jak dla zdrajcy.
Cała
kreacja bohaterów i wątki zbudowane są na rasowych stereotypach.
Facet to świnia, kobieta jako żona zawsze musi być pokrzywdzona i
na tyle głupia, żeby się na to godzić. Ja osobiście takiego
myślenia nie lubię, więc troszeczkę grało mi to na nerwach.
Jednak sama postać Faye jest bardzo interesująca. Przedstawiona
jest we wszystkich 3 okresach życia: jako dotknięta przemocą
domową, wystraszona dziewczynka, studentka zaczynająca nowe życie
oraz zdradzona żona, próbująca odnaleźć się w nowej
rzeczywistości. Co najlepsze, bohaterka przez cały czas ma w sobie
wachlarz miliona cech, z których można byłoby zbudować jeszcze 3
inne, bardzo charyzmatyczne postacie. Jest jednocześnie ułożona,
wycofana, zajęta tylko dzieckiem i mężem, oddana przyjaciółka,
troskliwa, wierna, przebiegła, piekielnie inteligenta i sprytna,
doskonale planująca strategie, zawzięta, czarująca, piękna i
nawet momentami wyuzdana. Jedynym minusem tego jest, że te wszystkie
cechy są w niej ciągle, nie wynikają z naturalnych przemian pod
wpływem sytuacji. Powoduje to lekki chaos, sprawia że bohaterka na
zmianę denerwuje, irytuje, zadziwia i wywołuje litość w
czytelniku. Mimo to takiej postaci w literaturze dawno nie spotkałam,
była to świeża, ciekawa odmiana.
Mam
wrażenie, że przez tak szerokie rozbudowanie głównej postaci
brakło miejsca na dopracowanie innych, które lekko nikną w jej
blasku, a mogłyby być świetnym tłem, które bardziej zachęciłoby
do sięgnięcia do kolejnych części tej serii, nad którymi prace
już trwają.
Podsumowując:
nie jest to książka z gatunki wybitnych, które wywołują
dreszcze. Nie jest to też totalne nieporozumienie twórcze, nie
dające się doczytać. Jest dokładnie pośrodku, bardzo przyjemna,
dająca głowie odpocząć, a przy tym wejść w stworzony przez
autorkę świat. Nie wyrwała mnie z butów, ale osobiście bardzo
utożsamiłam się z Faye. Znalazłam cząstkę siebie w niej,
rozumiałam motywy działania i to jak czuła się w związku z
Jackiem. Mam wrażeniem, że to w dużej mierze przysłoniło mi inne
mankamenty mogące razić w oczy. Cieszę się, że znalazła się w
moim zbiorze i chętnie przeczytam kolejne części.
Jeśli
ktoś z Was ma przed sobą perspektywę leniwego weekendu to zachęcam
do sięgnięcia po książkę, być może właśnie "Złotą
klatkę". Pamiętajcie, że czytanie rozwija światopogląd i
poszerza zakres słownictwa, a piękna mowa to istotny element w
robieniu dobrego, pierwszego wrażenia! :D
No
nic, pozostaję mi tylko życzyć miłego weekendu!
Komentarze
Prześlij komentarz