Praca w młodym wieku i powrót do korzeni


Pamiętacie swój pierwszy dzień w pierwszej pracy? Przełomowy to był moment, zupełnie nowe doświadczenie prawda? Ten stres, że aż barki spina na cały dzień, nie wiadomo co ze sobą do końca zrobić, ale podekscytowanie i radość ogromna! Kojarzę, że ja przyszłam wtedy do pracy pół godziny wcześniej niż powinnam być i czułam się jakbym pierwszy raz w życiu to miejsce na oczy widziała, a bywałam naprawdę często.
Swoją karierę zaczynałam w gastronomii. Idę o zakład, że ponad połowa młodych osób przeszła przez piekło zmiany na barze albo na kuchni. Pozornie najprościej jest zacząć od kelnerowania, bo właściciele większości lokali chętnie biorą młode osoby, a osobiście uważam, że to jest jeden z najlepszych zawodów do przejścia szkoły życia jako pracownik. Takiej pokory do pracy, hartu ducha, żeby to wszystko wytrzymać i siły w nogach nic nie uczy tak jak restauracja albo praca w sklepie. Hmm, tylko nie zrozumcie mnie źle, nie myślę, że inne prace nie wpływają na charakter, podejście do pracy, itd. Można mieć 20 lat i być szefem we własnej firmie, a to jest zdecydowanie bardziej wymagające niż bezpośrednia obsługa klienta. Aczkolwiek kto przeżył gastro ten zrozumie o czym mówię.
Mimo, że była to skrajnie wyczerpująca praca, to dosyć długo ciągnęłam swoją karierę. Gdyby zliczyć wszystko to wyjdą ponad 3 lata. 3 ciężkie lata biegania po 12-16 godzin dziennie, zwłaszcza w sezonie, kiedy ludzie dosłownie wsypywali się do środka drzwiami i oknami. Kiedyś robiliśmy między sobą ranking kto zrobił jednorazowo więcej godzin. U mnie było chyba prawie 19. Czego wcale nie popieram, to nieludzkie, ale z perspektywy czasu nawet to się fajnie wspomina. Miliony zamówień do zapamiętania, kolejny milion obowiązków do wypełnienia, o przerwach mogłam zapomnieć dopóki nie wróciłam do domu. A raczej się dowlokłam. Chodzenie do łazienki nie dlatego, że musisz (bo w końcu zapominasz, że masz pęcherz), tylko żeby odpocząć od ludzi. Chamstwo i nieuprzejmość klientów, a jeszcze nierzadko zdarza się oszukiwanie młodych pracowników jeśli chodzi o wynagrodzenie. Nie twierdzę, że w każdym lokalu tak to wygląda, broń Boże! W moim pierwszym tak niestety było, więc takie też mam pierwsze skojarzenia. Jednak czy było tylko tak źle? Nie! Moja pierwsza praca, moja stara, dobra restauracja to też masa poznanych cudownych ludzi, nowe przyjaźnie, ogromny wzrost pewności siebie, otworzenie oczu na wiele spraw czy nawet głupia umiejętność noszenia kilku talerzy naraz- przydatne na imprezach rodzinnych, jeśli ktoś jeszcze organizuje w domu. Że nie wspomnę już o pierwszych pieniądzach zarobionych własnoręcznie. Żadne nie cieszą tak jak te przypłacone zmęczeniem, potem czy łzami.
Później trafiłam do małej, rodzinnej cukierenki i to mogę z ręką na sercu powiedzieć, że była to moja praca życia. Wkładałam całe serce w to miejsce, kochałam wszystko co się tam znajdowało- od mojego szefostwa, przez życzliwych klientów po gorący chleb z masłem. Łącznie pracowaliśmy tam w 4 osoby, staliśmy się dla siebie rodziną. Byłam tam kiedy tylko mogłam, ile tylko mogłam, ale to wszystko wynikało z czystej chęci. Wiecie co...mało mam wspomnień przy których się wzruszam. Teraz autentycznie tęsknię, żeby spędzić tam jeszcze jeden dzień. Niestety, lokal musieliśmy zamknąć. Ale! Kto wie, może za kilka lat odżyje w nowym miejscu, z nową właścicielką, z nową siłą? Fajnie sobie pomarzyć
Ogólnie rzecz biorąc ja wcześnie, jak na moje oko, zaczęłam pracować. Wcale nie musiałam, chciałam. Lubię się o wszystkim na własnej skórze przekonać , spróbować nowych wyzwań. Później wkręciłam się już tak, że weekend wolny w grafiku to było coś dziwnego. Znowu uciekam. Zaczęłam mając bodajże niecałe 16 lat, bo moja data urodzenia niestety skazuje mnie na świętowanie w końcówce roku. Tak, chyba jeszcze przed 1 klasą liceum. Nie były to tylko wakacyjne miesiące. Praktycznie każdy weekend, ferie, dłuższe wolne, urodziny, nawet święta zdarzały się „na dyżurze”. Całkiem dobrze udawało mi się godzić to z nauką, choć wiem, że mogło być lepiej, gdybym skupiła się tylko na niej. Cóż, czasu nie cofnę, a absolutnie nie żałuję, że dostałam tróję zamiast piątki do dzienniczka, patrząc na to co zyskałam dzięki pracy od młodego.
Właśnie, co mi to dało? Wspominałam już wcześniej o pewności siebie. To było najcenniejsze co dostałam przy okazji pracy, uwierzcie. Problem z tym miałam od dziecka, a wychodząc do ludzi bardzo się zmieniłam. Stałam się otwarta, asertywna, odkryłam, że praca z ludźmi to coś, co kręci mnie najbardziej. Nawet jeśli niektórych miałam ochotę spalić na stosie i zatańczyć wokół ognia. Nie powiem, nauczyłam się też pyskować jeśli trzeba i nie bać się mówić, jeśli coś mi nie pasuje. To ogromnie ważne, nie tylko za polu zawodowym! Wcześniej godziłam się na naprawdę dziwne, krzywdzące dla mnie rzeczy, bo każdemu chciałam dogodzić. A to błąd, nie dajcie się nigdy wykorzystywać!
Mam też ogromny szacunek do pracy. Powierzoną mi staram się wykonywać najlepiej jak potrafię, a i cudzą szanuję nawet bardziej niż własną. Doskonale rozumiem jak bardzo zmęczonym można być po powrocie do domu, ile sił wymaga zrobienie tego czy tamtego. Wiem jak denerwujące jest dla pracownika, kiedy zostawiasz na nim swoje negatywne emocje albo robisz bałagan przy jedzeniu kolacji na mieście. Dlatego sama tego nie robię i upominam innych, ale o tym pisałam we wcześniejszym poście, nie chcę się powtarzać.
Zaradność też najlepiej kształtuje się pracując. Nie chcę nikogo urazić, ale mam oczy, obserwuje ludzi (aż do przesady niekiedy, co robię nieświadomie!) i widzę, że sporo zwłaszcza młodych osób ma z nią problemy. A życie naprawdę staje się prostsze kiedy ma się smykałkę do kombinowania, planowania wszystkiego tak, żeby sobie poradzić jak najlepiej. Największe skupisko sytuacji stresowych, z którymi zostaje się sam na sam odbywa się nie w domu, a w pracy. Później ta zaradność wchodzi w codzienne życie i jest znacznie prościej.
Wcześniej zmierzyłam się już z tematem pracy, ale ten post ma dwa inne morały niż tamten. Po pierwsze! Apeluje głównie do osób w moim wieku, studentów, którzy zastanawiają się czy pójście do pracy w czasie nauki się opłaca, poza finansami oczywiście. Nawet jeśli rodzice będą Wam pomagać to jak najbardziej polecam i zachęcam, żeby pracować. Znacznie lepiej jest mieć swoje przysłowiowe drobniaki na piwo, paznokcie czy ładny ciuszek niż tłumaczyć mamie po co Ci kolejny przelew. Wyrobicie sobie też, albo utrwalicie mnóstwo wartości i umiejętności przydatnych w nadgryzionej powoli dorosłości, a każdy woli chyba radzić sobie jak najlepiej to możliwe. Poza tym pamiętajmy, że praca=doświadczenie. Mimo, że rynek pracy jest otwarty na ludzi bez kwalifikacji, oferuje szkolenia pracownicze, to jednak pracodawca przychylniej patrzy na osobę mającą pojęcie. Doświadczenie jest cenione i często nagradzane! 
Po drugie i najważniejsze dla mnie. Mogę się już ostatecznie pochwalić, że po wielu namowach, odmowach, wahaniach zmieniłam pracę i wróciłam do gastronomii. Broniłam się rękoma i nogami, że już nigdy więcej, nie będę talerzy nosić, nie będę znowu kelnerką, której nikt nie szanuje. Postanowiłam jednak dać szansę i to był dobry wybór. Trafiłam do świetnego miejsca, gdzie powoli odzyskuje wiarę w ten niedoceniony zawód. Szkolę się też bardziej w kierunku zarządzania wszystkimi organizacyjnymi sprawami, dostawami, itd., więc w czymś, w czym czuję się komfortowo.
Ktoś bardzo mądry powiedział mi niedawno, że czasami trzeba zrobić krok w tył, żeby móc zrobić kilka w przód. To właśnie jest mój krok w tył, cieszę się, że posłuchałam cennej rady. Nie jest to może praca marzeń, która jest szanowana w towarzystwie. I nie powiem, że żadna praca nie hańbi, bo tak nie uważam. Jednak wiem już, że zejście na niższe czy mniej chwalebne stanowisko nie jest żadnym wstydem, jeśli praca pozwala nam się rozwinąć i zapewnić godny byt. A nikt nie broni nam rozwijać się tak bardzo, żeby za jakiś czas osiągnąć cel i zostać biznesmanem, lekarzem, kierownikiem firmy, prawnikiem, czym tam sobie zamarzycie!


Uff, udało mi się znów napisać coś mam nadzieję składnego, bo choroba wyssała ze mnie wszystkie resztki szarych komórek i okropnie trudno było zebrać myśli. Obiecuję poprawę i częstsze posty, tęskniłam za pisaniem. Dobrego wieczoru!

Komentarze