"Biegowe Bulwarove" oraz "Gramy z Bosmanem"- niedziela w Szczecinie nie jest leniwa!
Dzień dobry w to pierwsze słoneczne popołudnie, odkąd jesień do nas zawitała. Mam nadzieję, że humory dopisują? Dość długą przerwę od pisania sobie zrobiłam, a
chwilę temu posty pojawiały się codziennie. Trochę się działo,
więc czasu i sił nie starczyło już na napisania składnie czegoś
dobrego, a ja lubię pisać tylko dobrze. Już wracam z nowymi
pomysłami, tematami i nową energią.
Dziś zrobię mały flashback do
niedzielnych imprez na Łasztowni, na których miałam przyjemność
się bawić. Jedną z wielu cech Szczecina, jaką lubię najbardziej
jest właśnie brak nudy. W tym mieście zawsze coś się dzieje, nie
ma weekendu, żeby człowiek nie znalazł jakiejś formy rozrywki,
która mu odpowiada. Przy okazji zachęcam Was do brania udziału w
takich eventach- świetna zabawa, pomysł na dzień/wieczór, a w
dodatku można poznać naprawdę fajnych ludzi!
Pierwszym niedzielnym wydarzeniem było „Biegowe
Bulwarove-bieg wdzłuż szczecińskich bulwarów” lub
też „Półmaraton nad czystą Odrą”. Był
to finał cyklu 4 biegów na odcinku 5,27km, które razem miały
dawać dystans odpowiedni dla półmaratonu. Całe szczęście, że
jakiś geniusz rozłożył to na raty! Kiedy na początku
przeczytałam „półmaraton” aż mi się słabo zrobiło. Matko,
na co on mnie namawia, zabić mnie chce? Drań jeden. Co za ulga, że
dałam sobie wytłumaczyć do końca. Inaczej straciłabym cztery
okazje do pokonania własnych słabości, sprawdzenia się i poczucia
tego specyficznego klimatu organizowanych biegów. Niby biegniesz jak
za każdym innym razem, ale najwspanialsze jest to, że robi się to
razem, taką liczną grupą! Wszyscy jesteście w tym konkretnym
miejscu, żeby przez najbliższe około 45 minut pokonać samego
siebie i udowodnić, że potraficie. Świetnie jest patrzeć na
ludzi, którzy mają w sobie tyle determinacji, a przy tym tyle
ciepła, żeby uśmiechać się do siebie na trasie i motywować,
mimo że widzicie się pierwszy raz w życiu. Nie czuje się ostrej
rywalizacji, a jedynie wspólny cel. Bardzo podobał mi się też
przekrój osób uczestniczących. Spotkać można było zawodowców,
świetnie przygotowanych i zajmujących pierwsze miejsca. Byli
biegacze od święta, w tym ja, zakładający sportowe buty w
przypływie jakiejś wielkiej weny. Niektórzy biegli, inni szli z
kijkami do nordic-walkingu, inni woleli marszobieg, ale wszyscy
dawali radę! Po tych uśmiechniętych, choć zmęczonych twarzach
widać było, że nikt nie czuje się gorszy jeśli chodzi o
umiejętności.
Jeśli ktoś zastanawia się nad startem w podobnym biegu, wątpi czy
podoła, to jak najbardziej zachęcam. W temacie biegania jest
laikiem typowym- coś tam próbowałam, ale nogi jakoś za bardzo
później bolały, na deszcz się ciągle zbierało, nie miałam
nastroju. Teraz, po udziale w czterech biegach nie mogę doczekać
się kolejnego, niesamowite! Bo wiecie, nie chodzi o to, żeby dobiec
jako pierwszy. Ważne jest, żeby wygrać dla samego siebie,
połechtać sobie troszkę ego i podbudować się takim startem. Być
może ktoś nie czuje się jeszcze przekonany do udziału, więc
wspomnę jeszcze, że przed każdym biegiem zawodnicy otrzymują
pakiety startowe, a w nich można zgarnąć naprawdę fajne
gadżety...😄
Z tego rozemocjonowania zapomniałabym dodać, że „Bulwarove”
nie były tylko biegami. Przez cały weekend na terenie
Łasztowni odbywały się różnego rodzaju zajęcia dla małych i
dużych, jak na przykład zajęcia z wiązania chusty do noszenia
bobasków albo grupowe treningi, które jak widziałam, cieszyły się
dużym zainteresowaniem. Dodatkowym plusem było to, że akcja
promowała także dbanie o czystość Odry i działania mające
wspomaganie tego. Dbanie o figurę połączone z byciem eco, czego
chcieć więcej?
Wieczorem, a właściwie już późnym popołudniem można było
zregenerować się po biegu przy dobrym piwie i jeszcze lepszej
muzyce, czyli na koncercie organizowanym pod patronem Bosmana „Gramy
z Bosmanem” . Publiczność przywitał nie kto inny jak
Tede, który poruszył wszystkich od pierwszego kawałka i muszę
przyznać, zrobić naprawdę dobre show. Nie byłam przekonana co do
jego występu, jednak pozytywnie zaskoczył mnie łatwością łapania
kontaktu z ludźmi, bardziej nawet niż swoją wielce głęboką
„poezją”. Mówią, że alkohol łagodzi obyczaje, a raper jest
chyba gorliwym wyznawcą tej reguły, bo szampan i wódeczka polała
się ze sceny. Nie wiem co Wy na to, ja byłam mocno zdziwiona,
chociaż słyszałam, że to jego zwyczaj. 😌
Kolejni zagrali Łąki Łan, zespół mocno zakręcony na punkcie
natury, niezwykle pozytywnie nastawieni do świata, co czuło się od
pierwszego zagranego utworu. Co prawda trudno było zrozumieć
teksty, bo przypominał trochę rzucanie zaklęć rodem z „Władcy
Pierścieni” ale nawet mimo tego był to bardzo przyjemny występ.
Gwiazdą zamykającą ten dzień była Sylwia Grzeszczak. I to było
moje największe odkrycie tego koncertu. Uwielbiam ckliwe utwory o
miłości, ale niestety jej twórczość nigdy nie przypadła mi do
gustu. Od tamtego wieczoru muszę jednak zwrócić honor Sylwii, bo
ma kobieta kawał cudownego głosu. Większość bardzo czekała na
jej występ i niektórzy udowodnili nawet, że można żywo tańczyć
do „Kiedy znajdziemy się na zakręcie”. Byłam pod wrażeniem!
Ostatni reportaż pisałam chyba w gimnazjum, więc wybaczcie
wszystkie niedociągnięcia. To był najdłużej pisany post na tego
bloga, dziwnie ułożyło się kilka ostatnich dni i zawsze brakło
tej chwili, żeby dokończyć. Jeszcze raz obiecuję poprawę i
kolejny raz napiszę być może już jutro!
Chciałabym jeszcze, abyście w komentarzach na Instagramie bloga
dali mi znać czy podobają Wam się takie relacje ze szczecińskiego
życia i czy będziecie nimi zainteresowani. Dobrego popołudnia! 💕
Komentarze
Prześlij komentarz