Czy życie na wsi jest fajne?

Skoro jestem świeżo po powrocie od rodziców, to będzie to najlepszy moment, żeby zrealizować jeden z tematów, które są obowiązkowe na mojej liście. Właściwie mogłabym powiedzieć, że jest to nawet jeszcze trochę temat tabu, bo wiele osób wstydzi się tego, że pochodzi ze wsi. Wiem, że to już od stuleci utarty stereotyp, jak nie pochodzisz z miasta to jesteś gorszy. W średniowieczu faktycznie wieś to był analfabetyzm, ciężka praca na roli, a jedyną rozrywką było krojenie kapusty jesienią albo targ raz na ruski rok. Teraz na szczęście wsie poszły do przodu i jednak mieszkają tam naprawdę cywilizowani, nieróżniący się szczególnie od „mieszczuchów” ludzie. Mówimy tak samo, ubieramy się w tych samych sklepach, mamy samochody, kończymy studia, pracujemy nie tylko w polu, ogólnie nie ma przepaści. Tak zaznaczam jakby ktoś miał jeszcze wątpliwości! Mimo tego, że różnic w zachowaniu nie ma to ja jednak bardziej ciągnęłam do miasta, chciałam się z małej miejscowości wyrwać. Ale! Zawsze otwarcie mówiłam, że jest ze mnie dziewczyna ze wsi. Miałam momenty, kiedy też się wstydziłam skąd jestem, nierzadko nawet usłyszałam jakieś kpiny z tego powodu. Nieważne, im starsza jestem tym więcej pozytywów płynących z tego pochodzenia widzę. Od razu na wstępie chcę zastrzec, że są to tylko i wyłącznie moje subiektywne odczucia i nikt nie musi się z nimi w pełni zgadzać ani czuć się urażony!
Odnosząc się do tematu: czy życie na wsi jest fajne? I tak i nie. Jak życie w mieście, w Europie, w Afryce, w pojedynkę, w dużej rodzinie, gdziekolwiek i jakkolwiek, każde ma swoje plusy i minusy. Na szybko najwięcej nasuwa mi się minusów: koguty drące się rano za oknem, najbliższy sklep oddalony czasami o kilka kilometrów, a do tego z małym asortymentem. Niezbyt rozwinięta gama rozrywek- jeśli nie pracujesz na gospodarce i nie spędzasz czasu z krowami czy w ciągniku to szlag z nudów może trafić. Takim najbardziej drażniącym, który mnie do szału doprowadza jest to, że wszyscy się znają. Ja bardzo szanuję swoją prywatność, wręcz przesadnie czasami, ale tak lubię. Nie podoba mi się jak ktoś wsadza nos w nieswoje sprawy, a jeszcze tworzy z tego plotki. A niestety jak miasteczko ma maksymalnie 1000 mieszkańców to trudno, żeby takowe nie krążyły. Nie zdążysz czegoś zrobić, a wszyscy już wiedzą! Nie daj Boże niech Ci się noga powinie, jakieś niepowodzenie się wydarzy albo pokaż się na mieście z kimś nowym u boku. Będziesz gwiazdą wsi przez następne dwa tygodnie! Jeszcze tylko lokalnych paparazzi brakuje. Ohh, jak mnie to drażniło. Nie żebym miała coś do ukrycia. Zwyczajnie nie lubię patrzenia drugiemu człowiekowi na ręce i przysłowiowego zaglądania do łóżka. W Szczecinie zna mnie naprawdę garstka osób, więc odzyskałam to poczucie swobody i prywatności. Jak wyjdę ubrana inaczej niż zwykle to nikt nawet uwagi na to nie zwróci. Czasami fajnie byłoby znów znać każdego i mówić „dzień dobry” co krok i ucinać krótkie pogawędki ze znajomymi na chodniku, jednak zdecydowanie bardziej podoba mi się zaczynanie w nowym miejscu jak zupełnie nowa osoba.
Mankamentem małych miejscowości jest jeszcze moim zdaniem takie ograniczenie w rozwoju i jak już wspomniałam, rozrywkach. Jasne, są szkoły, jakieś organizowane zajęcia, itd., itd., lecz rzadko kiedy znajdują się one właśnie na takiej małej wsi, a raczej w większych miastach w pobliżu. Chodzisz do podstawówki, do liceum, ale dostęp do tego jest zawsze utrudniony. Musisz wstać dużo wcześniej, żeby do niej dojechać. Wcale nierzadko trzeba rezygnować z dodatkowych godzin, bo nie będzie się miało czym wrócić do domu jak ostatni autobus ucieknie. Ja byłam w takiej sytuacji w klasie maturalnej i materiał z 3 lat nadrabiałam sama w domu, żeby podejść do rozszerzenia. To jest naprawdę piekielnie męczące. Budzisz się dużo wcześniej, tłuczesz rozsypującym się autobusem, później niby kończycie zajęcia o tej samej godzinie, ale zanim w ogóle dojedziesz do domu to Twoi koledzy z miasta zdążą zrobić już połowę rzeczy, które Ciebie jeszcze czekają.
Z rozrywkami też bywa różnie. Wyobraźcie sobie jak ciężko jest znaleźć jakiś pomysł na wolny czas kiedy mieszkacie między jednym polem, a drugim. Najprościej jest mieć psa i chodzić z nim ciągle na spacery, dbając jednocześnie o formę. Ale nawet to się nudzi kiedyś, a czasami nawet pogoda jest przeciwko nam. Można znaleźć jakiegoś kolegę/koleżankę i się kręcić bez celu albo siedzieć razem w domu. Tylko kiedy ma się ograniczony wybór w ludziach z Waszej kategorii wiekowej to jest milion razy trudniej znaleźć kogoś, kto nie doprowadza do szewskiej pasji. To też był mój problem, że nie umiałam znaleźć sobie w mojej miejscowości kogoś, z kim chciałabym czas spędzać, więc kontakty międzyludzkie odbywały się głównie w szkole.
Człowiek ma taką potrzebę kultury wyższej. Są takie dni, kiedy wpada do głowy myśl „a, poszedłbym sobie do kina. Oo, albo do teatru nawet!”. No i na wsi zaczynają się schody...kino pozostaje domowe ewentualnie, a teatr można ukradkiem podejrzeć jak sąsiedzi się awanturują. Istnieje też opcja numer 3. Logistycznie tak ułożyć dzień wolny, żeby dojechać do najbliższego interesującego nas miejsca, spełnić swoją potrzebę obcowania z kulturą i szybko wracać do siebie. Znów pojawia się ten sam kłopot, takie wycieczki są bardziej męczące niż rekreacyjne. Samą jazdą w tą i z powrotem jest się wyczerpanym tak, że ten spektakl, który pojechaliście zobaczyć cieszy jakby mniej.
Obiecałam sobie ostatnio, że przestanę tyle narzekać, to teraz skupię się na plusach.
Moim absolutnym faworytem jest to, że na wsi jest cicho i wolno. Gwar miasta, samochody, światła, korki, kolejki mi absolutnie nie przeszkadzają, lubię jak się dzieje. Mimo tego tak błogo jest wyjść rano na taras przed domem, widzieć wszędzie zieleń, swoje podwórko i czuć taki panujący spokój. Na wsi uwierzcie mi, czas płynie o wiele wolniej. Nawet wolniej niż w Szczecinie, które jak gdzieś czytałam jest idealnym miastem do życia w stylu slow life.
Najlepszym co mi dała wieś było dzieciństwo! Jeśli najmłodsze lata spędziliście właśnie tam, to wygraliście najlepsze wspomnienia. Pamiętam, że nigdy nie siedziałam w domu, podwórko to było moje miejsce. Nie ukrywam, że najczęściej bawiłam się sama ze sobą, ale wiecie jak to rozwija kreatywność? Budowałam domki z kartonów po meblach, gotowałam zupy z liści i piachu w wiaderku, łowiłam ryby w rzece za domem kijem ze sznurkiem. Sama nauczyłam się jeździć na rowerze, chodziłam dokarmiać rodzinę jeży, wpadałam w pokrzywy, zdzierałam kolana na studzienkach i murkach. Trochę była ze mnie chłopczyca, zawsze wszędzie chodziłam za tatą i we wszystkim chciałam pomagać. Kleiłam z nim tapetę do ściany, naprawiałam łańcuch w rowerze, dostałam od taty pierwszy łuk i uczyłam się strzelać na pusto. W końcu miał mnie chyba dosyć i znalazł mi zabawę, która później była moją ulubioną. Mianowicie dał mi kawałek deski, młoteczek i małe gwoździki. A ja siedziałam jak zaczarowana na trawie i wbijałam, a potem wyciągałam te gwoździe. I tak pół dnia mieli dziecko z głowy. Teraz to byłoby niedopuszczalne i skrajnie nieodpowiedzialne. Ale kto się 15 lat temu tym przejmował?
Świetne jest też to, że pochodzenie z małej mieściny odbija swoje na charakterze. Przynajmniej mam takie wrażenie. Mnie nauczyło przede wszystkim dużo zaradności i mam w sobie mało z leniucha. Do tego cierpliwość też można sobie wytrenować, choćby właśnie poprzez to dojeżdżanie do szkoły, które rzadko było łatwe i przyjemne. Moi rodzice i dziadkowie też całe życie spędzili na wsi, w czasach jeszcze mniej przychylnych i okraszonych ciężką pracą, więc wpajali mi też dużo wartości, które przydają mi się teraz. Na przykład to, że jak sama sobie nie zrobię, to nie będę miała. Przez to jestem okropna Zosia Samosia, wszystko chcę robić sama i trudno jest mi przyjmować czyjąś pomoc, ale to naprawdę przydatne.
Poza takimi mentalnymi wartościami to uczy też wielu praktycznych rzeczy. Nieważne czy jesteś mężczyzną czy kobietą, na wsi robi się wszystko. Tak więc nie żebym się chwaliła, ale umiem posługiwać się narzędziami, zrobić pierogi, upiec ciasto, naprawić jakieś małe domowe usterki, a złamania paznokci przy porządkach w ogrodzie też się nie boję.
Podsumowując: nie ma czego się wstydzić, fajnie jest być wieśniakiem!

Wam życzę leniwej, mile spędzonej i ciepłej, jesiennej niedzieli. Zbierajcie siły na nadchodzący wielkimi krokami poniedziałek!

Komentarze