Po co tyle jadu? Oraz skuteczna surowica na toksycznych ludzi
Często mam tak, że
muszę długo zastanawiam się nad tematem na wpis, cały dzień
chodzę i szukam czegoś odpowiedniego, jestem bardzo ostrożna w
doborze treści, żeby nie nudzić niepotrzebnie. Tym razem było
zupełnie inaczej. Wszyscy ostatnio bardzo przyzwyczailiśmy się do cukierkowego świata serwowanego przez każdego rodzaju media społecznościowe. W sieci życie każdego człowieka jest idealne jak z opowieści, pozbawione problemów, trosk, uczucia, że nie da się już dłużej rady dźwigać życia na barkach. Przeglądając niektóre posty albo profile czekam tylko aż gdzieś w tle pojawi się jednorożec. Szkoda tylko, że to wszystko iluzja stworzona pod publikę, mam wrażenie po to, żeby sobie samemu wmówić, że jest dobrze .Hmm...ja jestem naprawdę marudna, wymagająca i nie chcę pokazywać tutaj takiego samego obrazu świata. Udawania jest już i tak na tyle dużo, żeby jeszcze je poszerzać. U mnie będzie prawdziwie. Będzie nieudawana radość, zachwyt, ale będą też smutki, łzy i konsternacja. Myślę, że taka rzeczywistość, w 100% szczera będzie dobrą odskocznią od perfekcyjnie wykadrowanego, pozowanego szczęścia. Wszystkie słowa, które za chwilę się tutaj
pojawią są zrodzone z wieczornego spaceru i potrzeby serca. Być
może to już wkradająca się w życie jesień, a może nieprzegadane
boleści duszy nad którymi nie chciało się nigdy dłużej
rozstrząsać, bo nie było sensu, czasu, okazji. Jednak myślę, że
jest to na tyle powszechny problem, założę się dotykający 100%
moich czytelników, że warto to ruszyć. Mam nadzieję, że dotrzeć
do głów co niektórym i zmienić trochę postrzeganie, mimo że to
strasznie trudne, nieważne ile by rad nie słuchać. Samemu trzeba
pewne sprawy przegryźć i dojść do konstruktywnych wniosków.
Dużo myśli kłębiło mi się dziś w głowie spacerując po
ukochanym Szczecinie. Cała masa kręciła się wokół tego jak
bardzo moje życie zmieniło się ostatnio, mniej więcej od
listopada poprzedniego roku. Nagle dotarło do mnie jaki ogrom zmian
zaszedł w moim i tak krótkim istnieniu przez te kilka miesięcy.
Najwięcej stało się w głowie i wydaję mi się, że to one są
tymi rzucającymi się w oczy, pomijając oczywiście wygląd.
Nieważne, że zmienił się mój charakter, adres, kolor włosów
(po raz setny), otoczenie, myślenie, to jednego nie jestem
zwyczajnie w stanie wykluczyć ze swojego życia. Toksycznych ludzi.
Doskonale wiem, masa jest takich jadowitych person, co psują krew i
myśli. Nie potrafię zrozumieć tylko dlaczego, jaki motyw w tym
jest. Potrafię przyswoić naprawdę masę wiedzy w krótkim czasie,
ale to mi chyba nigdy przez zwoje nie przejdzie. Najprawdopodobniej
bym o tym nie pisała, bo zawsze dochodziłabym do wniosku, że nie
jestem jedyna i co ja się tam będę mądrzyć, inni mają gorzej.
Zmotywowała mnie po pierwsze dzisiejsza nieprzyjemna rozmowa, którą
miałam wątpliwą przyjemność odbyć. A pewność, że chcę się
na ten temat wypowiedzieć przypieczętowało dojście do takiego
poziomu doświadczenia z takimi ludźmi, że wiem jak sobie z tym
poradzić. Co wbrew pozorom nie jest tak proste jak wydaje się tym,
którzy nie mieli aż tak przykrych doświadczeń albo mają
cholernie odporną psychikę. Tylko są to wyjątki, naprawdę ogrom
z nas potrafi załamać się od takiego ciągłego wbijania szpilek.
Przyznajmy otwarcie, całe życie jeszcze przede mną. Mam jeszcze
-naście w wieku, co jeszcze przede mną to moje. Pomimo tego widzę
z jak dużą ilością fałszywych, przepełnionych jadem osób
miałam styczność i jakie piętno to na mnie wywarło. Były to i
mniej znaczące powiązania, które bolały tylko chwilę, ale też
naprawdę bliskie relacje, trwające kilka lat, które wpłynęły mi
na psychikę do tego stopnia, że do dzisiaj mam problemy z
zaufaniem. I wieloma innymi aspektami, ale już nie wnikajmy. Wiecie,
wypowiedzenie kolejnej przykrej uwagi w czyjąś stronę,
przewijające się jak w młynie słowa krytyki są bardzo łatwe do
zrobienia. Wystarczy trochę wrodzonego bycia wrednym i voila!
Chociaż te wampiry energetyczne mają z natury trudny charakter, tej
wredoty mają sporo więcej niż trochę. Ale już pomyśleć, że te
szpilki mogą zrobić komuś ogromną krzywdę okazuje się być
niesamowicie skomplikowane. Odrobina empatii i postawienie się na
miejscu kogoś, do kogo się obelgi i uszczypliwości kieruje
graniczy z cudem. Cudem, który się nie dzieje, życie to nie Kana
Galilejska. Bardzo, ale to bardzo często są to zarzuty totalnie
oderwane od faktycznego stanu rzeczy. Ile razy słyszeliście, że
jesteście do niczego, że nie poradzicie sobie w tej czy innej
sytuacji albo żebyście w ogóle dali sobie spokój, z Waszymi
umiejętnościami to tylko do tarcia chrzanu. W pracy na takie
najazdy psychiczne mówi się mobbing. A w życiu ciiiisza, jak będę
tolerować i słuchać dalej to w końcu sobie odpuszczą. Jedno się
robi, ignoruje takie „nic nie znaczące” docinki, a w środku
jest okropny ból, żal, smutek. Mi przez takie wieczne bombardowanie
samymi negatywami okropnie spadło poczucie własnej wartości,
jakakolwiek radość z robienia wszystkiego, co lubię. Po co, skoro
i tak nikt nie pochwali, nie zrozumie? Lepiej już nic nie robić,
żeby się nie wystawiać na pośmiewisko. Jasne, to jest sposób,
bycie jak taki struś. Szkoda tylko, że nieskuteczny.
Nie wynalazłam niestety magicznej pigułki na bycie mniej wrażliwym,
coby nie dopuszczać do siebie bezsensownie złych myśli.
Rozwiązanie jest znacznie łatwiej dostępne. Nie ma co kombinować
i starać się naprawiać, ratować, szukać w sobie winy i tłumaczyć
takich milusińskich tekstami typu „ja zawsze robię coś źle, to
miał prawo się tak do mnie odezwać”. Guzik miał, nie prawo. Ty
przynajmniej coś robisz, a Ci mający najwięcej krytyki do
wykrzyczenia ciągle stoją w miejscu. Jedynym sensownym wyjściem
jest odcięcie się od źródła problemu. Wiem jakie to trudne,
nagle pozbyć się znajomości trwającej x lat, bez której nie
wyobrażacie sobie codziennego porządku. Na szczęście sytuacje
najtrudniejsze do zrealizowania są najbardziej satysfakcjonujące.
Wasza codzienność odmieni się niesamowicie, kiedy obelgi
zamienicie na słowa pochwały. Wiecie jak było w moim przypadku,
kiedy skończyłam najbardziej ciążącą mi relację? Przede
wszystkim przytyłam, co wcale nie było łatwe, a w krytycznym
momencie mogłam śmiało robić za eksponat na biologii. Zaczęłam
wychodzić do ludzi, pielęgnować ważne dla mnie przyjaźnie, które
przez to zaniedbałam. Dbałam o siebie zdecydowanie bardziej,
uśmiechałam się nieporównywalnie częściej, obcy ludzie mówili
mi, że wyglądałam kwitnąco. Wtedy jeszcze byłam w liceum:
poprawiły się moje stopnie, zaczęłam swoją przygodę z pisaniem,
przeżyłam piękny sezon osiemnastek. Aż w końcu doszłam tu gdzie
jestem teraz. Mam śliczne, wymarzone mieszkanie w mieście, o którym
marzyłam, jestem zdrowa, uśmiechnięta, potrafię cieszyć się z
najmniejszych pierdołek. Mam jeszcze wokół siebie ludzi, którym
jestem codziennie wdzięczna za ich obecność, za to że chcą być.
Nieważne, że mogę ich na palcach jednej ręki policzyć. Ważne,
że jestem pewna szczerości ich zamiarów. Jak już wspominałam,
nie wszystkich toksycznych się wyzbyłam, niektórych nie sposób
odsunąć od siebie zupełnie. Można jednak ograniczyć albo
kierować kontakt na takie tory, żeby nie wpływały na jakoś
Twojego samopoczucia.
Będzie trudno, będzie bolało, będą wątpliwości, ale nie warto
trzymać przy sobie kotwicy ciągnącej nieustannie w muł. Znacznie
prościej jest postawić gruby mur pomiędzy Wami i poczuć, że w
końcu jesteście żywi. A kiedy już Wasze drogi się rozejdą...to
możecie im szczerze podziękować. Za naukę cierpliwości, nowo
nabytej odporności psychiki, za mocniejszy charakter. Ja właśnie z
tego miejsca chciałabym to zrobić. Dzięki Wam wszystkim za
motywacje, do pokazania, że jednak się mylicie. Do robienia
swojego, mimo słuchania, że to nie ma prawa się zdarzyć. Za
kolejną krytykę, którą pokonałam i nauczyłam się, że mogę
liczyć tylko na siebie, jeśli chcę czegoś naprawdę mocno. I za
charakter o tyle mocniejszy, że pozwala mi na realizację kolejnych
planów. Fajnie, że byliście.
Tym optymistycznym akcentem zostawiam
Was z myślami i uciekam robić kakałko, dam odpocząć palcom, bo
post powstał w zaledwie 15 minut i nie czuję już żadnego mięśnia
dłoni. Liczę, że weźmiecie sobie kilka słów do serca. Dziękuję,
że wysłuchaliście. Dobranoc!
Komentarze
Prześlij komentarz