Czego bałam się najbardziej po przeprowadzce?
Kiedy
podjęłam ostateczną decyzję o wyprowadzce i nawet gdy stało się
to faktem, często słyszałam pytanie "a nie boisz się tak?".
Jasne, że się boję! Tylko mam świadomość, że zmiany wymagają
wyjścia ze stresy komfortu. Szczerze mówiąc nie zburzyło mi to
jakoś szczególnie poczucia bezpieczeństwa ani nie zachwiało całym
moim światem. Byłam zwyczajnie bardzo zdeterminowana, żeby dopiąć
swojego, a ze mnie jest niestety taki osioł- jeśli na czymś mi
zależy to nie ma zmiłuj, będę to miała. Niekoniecznie po
trupach, ale wszystkimi bezpiecznymi sposobami już tak. Może
właśnie dlatego przechodzę przez to tak delikatnie, bo byłam
mentalnie gotowa na taką zmianę, nawet potrzebowałam takiego
wyrwania się, całkowicie innego środowiska. W dodatku zyskałam
znacznie więcej dzięki życiu w mieście, niż gdybym została w
rodzinnej miejscowości, choćby większą możliwość rozwoju czy
znalezienie pracy bardziej mi odpowiadającej. Pomimo tych wszystkich
plusów strach był i nadal mnie dopada, to normalne. Podobno tylko
głupi się nie boi.
Miałam
bardzo mało obaw tzw. egzystencjalnych, dlatego ten post będzie
bardziej humorystyczny.
Zaczynając
od tych naprawdę śmiertelnie poważnych obaw to na pierwszym
miejscu było standardowo czy sobie poradzę. Dla młodego człowieka
wylecieć z rodzinnego gniazda i świadomie zdać się na siebie
samego, chociaż w 3/4 to poważny krok. Zaczyna się w końcu Twoje
życie jako pełnoletniej, samodzielnej jednostki, która już nigdy
nie będzie dzieckiem i nie będzie mogła się chować przed światem
pod kocem, a dorośli naprawią wszystko. Bo to Ty jesteś dorosłym.
Nagle trzeba wziąć się ze światem za barki i wygrać. To znaczy
ustabilizować się jakoś pod względem finansowym, mieć pracę, w
której Cię nie wykorzystują i dobrze płacą, być może dostać
się i zaliczyć studia, poradzić sobie z prowadzeniem domu, zbierać
oszczędności, przyszłego męża/żonę znaleźć, co kto uważa za
radzenie sobie. To się wszystko rozkłada oczywiście w czasie,
żebyście nie myśleli, że po tygodniu na swoim masz już mieć
kredyt hipoteczny na nowy dom pod miastem. Zapewniam Was, każdy
ma w sobie taką prehistoryczną chęć przetrwania. Ona się właśnie
w takich sytuacjach uruchamia. Jeśli będziecie robić tak, żeby
było Wam dobrze, wygodnie i będziecie wychodzić na tym na plus to
znaczy, że sobie radzicie!
Drugą
i chyba ostatnią z poważniejszych obaw była ta o wracaniu do
pustego domu. Mieszkałam w miejscu, gdzie zawsze był gwar, mam dużą
rodzinę. Jestem przyzwyczajona do hałasu, do tego że codziennie dzieje
się dużo i rzadko bywają chwile świętego spokoju. Początkowo
nie mogłam się tego doczekać, nareszcie będę wracać z pracy i
absolutnie nikt ani nic nie będzie mi burzyć spokoju. Nic bardziej
mylnego, brakowało mi tego harmidru już po kilku dniach. Miałam
nawet problemy ze snem, bo nigdy wcześniej nie zasypiałam będąc
samej. Wizja tego, że nie będę miała do kogo się odezwać
we własnym domu była swojego czasu paraliżująca. Nie ma na to
rady, trzeba przywyknąć, zwłaszcza, że obstawiam jeszcze kilka
lat niedzielenia szafy na pół. Jeżeli ktoś ma podobne obawy to bardzo polecam inwestycję w radio, telewizję albo cokolwiek innego, co gra. Nawet kolejny sezon Barw Szczęścia czy innych M jak Miłość będzie lepszy niż cisza. A muszę przyznać, że te seriale potrafią być nawet wciągające, mimo że fabuła przekracza czasami wszystkie granice dobrego smaku serialowego.
Przejdźmy
więc do tych strachów z kategorii śmiesznych, chociaż mi do
śmiechu wcale nie było. Przez pierwsze miesiące moją zmorą
największą była, uwaga...komunikacja miejska! Założę się, że
sporo z Was wybucha teraz śmiechem, ale autentycznie wolałam
chodzić wszędzie na piechotę niż wsiąść do tramwaju.
Perspektywa tego, że wysiądę na złym przystanku, albo zgubię
bilet, albo gdzieś się spóźnię była okropna! Sama z siebie się
teraz śmieję, bo rozkładu komunikacji i niemylenia przystanków
można się bardzo szybko nauczyć, zwłaszcza że miły głosik
informuje Cię podczas jazdy na jakim przystanku się znajdujesz, nie
trzeba szukać strategicznych punktów.
To
będzie już chyba mniej dziwne, bo mało kto czuje się swobodnie w
obcym miejscu tak od razu. Otóż nie lubiłam chodzić po mieście
sama, nie mam absolutnie żadnej orientacji w terenie. Możecie mnie
postawić w doskonale znanym mi miejscu, ale pod kątem innym niż
znam i po mnie, nie wiem gdzie jestem. Nawigacja stała się moją
bliską przyjaciółką, do teraz nie ruszam się z domu bez
telefonu, w razie gdybym zabłądziła. Chociaż niektórzy uprzejmi
dalej śmieją się ze mnie, że potrafię zgubić się nawet z
mapami Google. Muszę niestety (znowu) przyznać rację, bo takie
wypadki też miałam wielokrotnie. Jeśli zobaczycie kiedyś
blondynkę kręcącą się wkoło z telefonem po jakiejś ulicy to
mogę to być ja :D
O tej
obawie nie mówiłam chyba jeszcze nikomu. Pamiętam jak w dzień
przed wyjazdem leżałam wieczorem w łóżku i nagle mnie oświeciło.
Aż sobie wstałam z tego łóżka. Wiecie co to była za wątpliwość?
Jak ja sama będę zabijać pająki?! Powiem tak...wstyd się
przyznać, ale poważnie zabijam pająki sama tylko w skrajnych
przypadkach, tzn. kiedy nikt nie może mnie uratować. To też nie
jest takie zabijanie typu pacnij kapciem. Niee, ja muszę
zachować bezpieczną odległość, to znaczy z drugiego końca kawalerki najlepiej i dopiero wtedy rzucę tym kapciem. Prawdziwy horror
zaczyna się wtedy jak przypadkiem nie trafię (takie życie Uli
Brzyduli w okularach) i ten potwór włochaty gdzieś ucieknie.
Dzięki Bogu mój luby nie ma arachnofobii i ratuję mnie niby ten
rycerz na białym koniu. Tylko wiecie co jest najciekawsze? Ja też
kiedyś nie miałam. Im człowiek starszy, tym bardziej lękliwy.
Mam
nadzieję, że moje dziwne koszmary poprawiły Wam trochę dzień, bo
za oknem coraz większa szarówka nadciąga, co nie sprzyja dobremu
nastrojowi. Nawet mimo nadciągającej jesiennej aury są dobre
wieści! Dziś jest już środa, a jak to mówią "środa minie,
tydzień zginie". Już kawałek i znów będzie weekend!
Trzymajcie
się tej myśli i zróbcie coś dobrego dla siebie dziś, na poprawę
humoru. Miłego popołudnia!
♥️♥️♥️
Komentarze
Prześlij komentarz