A zaczęło się tak:

Nie jestem pewna, czy temat tego wpisu zainteresuje kogokolwiek, jeśli mam być szczera. Z drugiej strony uważam, że jest to kluczowe, bo gdyby nie to, to blog nigdy nie zawisłby w internetowej przestrzeni. Poczytajcie więc dziś jak zaczęła się moja przygoda z miastem i dlaczego było tak chaotycznie.
Sam pomysł siedział mi w głowie już odkąd byłam w gimnazjum, zawsze wiedziałam, że przeprowadzę się do Szczecina, pójdę na studia i będę szczęśliwie chodzić sobie ulicami tego oto miasta. Jak zamarzyłam-tak zrobiłam, nikt jednak nie spodziewał się, że w tak zastraszającym tempie. Ostateczna decyzja zapadła na przełomie lutego i marca, kiedy dowiedziałam się, że cukiernia, w której wtedy pracowałam musi się zamknąć. Pomyśleć można, że to żaden powód, praca nie jest licealistce niezbędna, to po co od razu się wynosić z domu? Fakt, jednak to zamknięcie zniszczyło mi cały plan na kilka kolejnych miesięcy. Miałam zostać na swojej wioseczce, cały sezon pracować właśnie tam i uzbierać ładną sumkę na wynajem mieszkania i pierwsze miesiące na studiach. Los chciał niestety inaczej, musiałam znaleźć inną pracę. Jak na złość wcześniej próbowałam już sił w każdym bardziej opłacalnym pod względem finansowym miejscu będących w zasięgu miejsca zamieszkania. Oczywiście, mogłam spróbować choćby w monopolowym, co będzie małolata wybrzydzać? Pech chciał, że z natury jestem dość wybredna i jeszcze bardziej uparta, nie znaczy nie. Mogłam też siedzieć przez najdłuższe i ostatnie wakacje w życiu na tyłku i odpoczywać, proste. Druga opcja była równie kusząca jak i przerażająca. Pierwszą pracę zaczęłam w wieku 15 lat i od tego czasu nie mogłam sobie wyobrazić już życia bez niej, początki klinicznego pracoholizmu. Nie pamiętam czy którykolwiek weekend spędziłam inaczej niż w pracy, więc nagłe permanentne lenistwo mogłoby się źle odbić na moim zdrowiu psychicznym. Nie chcę się tutaj oczywiście wywyższać, jakby praca w weekendy była wyczynem zasługującym na chwałę i Boskie uznanie. Po prostu potrzebowałam coś robić, a przy okazji zebrać potrzebne fundusze własnymi siłami. Wracając, porzuciłam nadzieje na znalezienie czegoś odpowiedniego w pobliżu i coraz poważniej zastanawiałam się nad przyśpieszeniem wyprowadzki. Pomysł oczywiście, po polsku, spotkał się początkowo z wielkim sprzeciwem, który na szczęście słabnął pod naporem mojego gadania i zapewniania, że sobie poradzę (swoją drogą to dobry pomysł na post). Niemal w tym samym czasie stało się coś, czego się wtedy absolutnie nie spodziewałam. Zakochałam się! Szok i niedowierzanie, mówię poważnie. Bóg, los, fatum czy co tam jeszcze wpływa na stan rzeczy stwierdził, że pomoże mi podjąć decyzję i oto postawił przede mną ukochanego pochodzącego właśnie ze Szczecina. Gwóźdź do trumny, nie ma odwrotu, zaczynamy realizować wyprowadzkę. Ja wiem jak to brzmi, wyprowadza się bo facet. Nie do końca, ale nie ukrywam, że to był "czynnik" przeważający na szali za i przeciw.
Znów potwierdza się reguła, że najtrudniej jest zacząć coś robić. O ile samo podjęcie decyzji było bardzo trudne, wiele razy chciałam i rezygnowałam, tak zorganizowanie mieszkania, pakowanie rzeczy, zakończenie wszystkich spraw, itd, itd, poszło migiem. Co wydawało mi się mimo wcześniejszej reguły dziwne, bo rzadko sprawy typowo materialne, że tak to ujmę, idą jak po maśle. Oczywiście nie udałoby mi się gdyby nie pomoc moich najbliższych, którym z tego miejsca chciałabym serdecznie podziękować za jeżdżenie ze mną po mieszkaniach, wnoszenie kartonów po schodach i za wałówkę w słoikach, cobym się już prawie oficjalnie mogła studentką nazwać.
A dlaczego twierdzę, że było chaotycznie? Bo faktyczne działanie, pomijając etap gadania i próbowania zatrzymania mnie, zabrało może 3 tygodnie? Obecna kawalerka była 4, którą obejrzałam. i od razu przepadłam. Kiedy chłopak mnie tu przywiózł pierwszy raz, nawet nie wiedziałam, że taka ulica istnieje. Zaraz okazało się, że to dwie minuty od centrum. Rzeczy spakowałam w jedno popołudnie, wszystkie. W dzień odbioru kluczy miałam egzamin ustny z polskiego, a dzień później pierwszą rozmowę kwalifikacyjną, w dodatku na Prawobrzeżu, gdzie byłam wcześniej może 3 razy w życiu. Strasznie intensywny to był czas, ale gdybym miała wyprowadzać się jeszcze raz to chciałabym, żeby było tak samo. Na ogół jestem trochę zwierzę kanapowe, ale jak już mam coś robić to musi być z przytupem i dziać się dużo na raz, bo za szybko mi się znudzi.
Jeszcze półtora, może dwa miesiące temu, siedząc na tej samej kanapie co dziś, trzęsłam się ze strachu jak to będzie i co mnie do diabła podkusiło, żeby już z gniazda wylecieć. Teraz widzę jak dużo mnie to nauczyło, pomijając już chociaż 1/4 planu Szczecina i rozkładu jazdy autobusów. Dotarło do mnie, że trzeba ryzykować. Może nie zawsze ryzykując zyskasz, niekoniecznie też od razu to, czego się spodziewasz. Mimo to lepiej jest wyjść ze strefy komfortu i upaść stopień niżej niż siedzieć wygodnie i czekać, bo może ktoś coś da mi to, czego mi się zrobić nie chce. Najczęściej boimy się stracić niewiele, choć możemy zyskać dużo, duuużo więcej. Gdyby nikt nie ryzykował, to dalej siedzielibyśmy w jaskini ;) Nie każdy ma równy, łatwy start, jasne. Natomiast każdy ma takie same szanse i prawdopodobieństwo na zwycięstwo: 50/50. Zależy od Ciebie czy to wykorzystasz?
Miała  być prosta opowieść o początkach, wyszła trochę moralizująca przypowieść. Ehh, to myślenie wielowątkowe czasami jest naprawdę cholernie uciążliwe :D
Z tą myślą Was zostawiam, ryzykujcie lub nie. Ja właśnie będę, próbując ratować ciasto, które jak jest potrzebne na cito to nie wychodzi. Miłego popołudnia!



Komentarze